
Urodziłam
się w Bielsku - Białej, ale w wieku pięciu lat, wraz z rodzicami
i bratem wyjechałam na wieś. Dlatego pytana o miejsce pochodzenia
odpowiadam: Bobowa, a dokładniej - Brzana Górna, w gminie Bobowa,
obecnie województwo małopolskie.
Z tamtych czasów (i rejonów) chcę pamiętać dom sąsiadki, jej
szóstkę półsierot, wychowawcę ze szkoły podstawowej i nauczycielkę
języka polskiego z bobowskiego liceum.
I rówieśników z liceum, którzy otworzyli nade mną parasol ochronny
przed wsią, bowiem żyłam życiem wiejskiego odmieńca. Rozmiar -
ogrom doznań z tym statusem związanych, przerastał moją odporność,
czyniąc mnie - w sferze emocjonalnej - kompletnie bezbronną; zwłaszcza
moja ufność w skuteczność działań w myśl zasady: kto w ciebie
kamieniem - ty w niego chlebem. Nadal - mimo wszystko - tę prawdę
wyznaję, ale nie do końca wierzę w jej społeczną skuteczność.
Wśród rówieśników, licealistów, jak ja - moja "odmienność"
była początkowo pewną egzotyką, biletem na pierwsze wspólne ognisko.
Kiedy przyszłam tam z gitarą - bilet przedłużono mi do matury.
Poczułam się potrzebna, usłyszałam, że niezbędna. Miałam przyjaciół,
którzy mnie tłumaczyli i chronili.
Od zawsze chyba marzyłam o Krakowie. Nie musiałam tego werbalizować,
tak było oczywiste. Na Uniwersytet Jagielloński nie dostałam się
za pierwszym razem. Ukończyłam więc Uniwersytet Ludowy w Wierzchosławicach
koło Tarnowa, skąd wyniosłam uprawnienia do nauczania tańca towarzyskiego
i ludowego.
Od tamtej pory nie tańczę...
Do "Piwnicy Pod Baranami" zaproszono mnie, gdy byłam
studentką pierwszego roku na wymarzonym UJ, jako laureatkę Festiwalu
Studenckiej Piosenki. Przyjęto mnie od razu do zespołu stałego,
żadnego terminowania.
Z perspektywy czasu podziwiam i doceniam wspaniałomyślność Piotra
Skrzyneckiego. I Jego intuicję i zaufanie, kiedy przekonywał mnie,
że kiedyś będę śpiewać naprawdę o tym, co czuję, że zaśpiewam
"samą siebie". Tłumaczył, że aby śpiewać "siebie"
muszę wpierw siebie "odszukać". Przekonał mnie, że potrzebny
jest mi czas, że warto czekać. Przerażona wszystkimi i wszystkim
- nie rozumiałam. Nie wiedziałam, ale czułam - bo taka jest ,
a raczej była u mnie kolejność - przeczuwałam, że ma rację.
Do Piwnicy przyniosłam dwie piosenki: "Wariatkę" i
"Walc" i prawdopodobnie traktowałam je jako swoistą
wizytówkę, która zasugeruje kompozytorom co należy dla mnie pisać.
Nie wiedziałam, że jestem w miejscu ambitnych samouków, zapewniających
sobie repertuar samodzielnie!
Na scenie raczej krzyczałam niż śpiewałam, jakkolwiek ufałam,
że dane mi będzie zaśpiewać. Po prostu zaśpiewać. Miałam szczęście
dostając od Zbigniewa Preisnera "Musimy siać" i "Miejcie
nadzieję". Ale prawdziwym wyzwaniem było zaśpiewać jego "Pocałunki",
"Upiorka", "Obrazy" czy kolędę Hemara "Całą
noc padał śnieg"! Zaufał mi - trochę "na wyrost"
- dając utwory piękne i trudne zarazem, przede wszystkim dlatego,
że bardzo liryczne.
Że warto dać mi szansę uznał też Antoni Krauze - reżyserując 9
teledysków z wszystkimi śpiewanymi przeze mnie piosenkami. Grałam
w nich powoli, bowiem oczekiwałam dziecka...
Po przerwie "macierzyńskiej" już wiedziałam to, co
przeczuwałam wcześniej: muszę spróbować pisać. Pisałam, ale do
szuflady.
Piwnica, to miejsce, które zobowiązuje. Wszystko w "Piwnicy"
widziałam kilka centymetrów nad ziemią, zaś moje piosenki nie
są poezją, teksty i muzyka - niepiwniczne, prawie popowe, stąd
bałam się , ze Piotr ich nie zaakceptuje. Że życiem swoim muszę
potwierdzić ich wiarygodność, bo inaczej publiczność mi nie uwierzy...
Bałam się dezaprobaty, zwłaszcza, że nie miałam już mojego "parasola".
Ze strachu zaśpiewałam bez uprzedzenia. Wiedzieli tylko muzycy...
Po premierze Piotr - zapowiadając mnie na scenie - już zawsze
mówił, że nikt nie potrafi tak pięknie śpiewać o kobiecie, miłości
i samotności jak Tamara.
Wszystko, co umiem, a dotyczy sceny - zawdzięczam "Piwnicy".
Tam miałam szczęście poznać wspaniałych ludzi, prawdziwe Tuzy
intelektu i serca. Szkoda, że nie umiałam w pełni czerpać z tej
szczodrobliwości losu: czułam się bowiem jak ignorantka, nie chciałam
dodawać sobie jeszcze epitetu "bezczelna". Wiem, że
samo przebywanie wśród NICH było i jest dla mnie zaszczytem.
Nigdy nie przerażał mnie upływ czasu - czułam, że moim piosenkom
i mnie potrzeba czasu, jak mówił Skrzynecki. Wreszcie wiedziałam,
że potrafię mówić własnym głosem. Śpiewając o tym, co może się
przydarzyć człowiekowi, który "myśli sercem" - znajduję
wielu myślących tak właśnie. Wierzyłam, że jest ich wielu. Nie
przypuszczałam, że aż tak wielu.
Piosenki niedawno nagrałam na płytę. Zapraszam do ich wysłuchania.